Londyn
London oczami polskiego projektanta

Dwa lata temu zdarzyło mi się zwiedzić Londyn. Jako że był mój pierwszy raz za granicą to i wrażeń sporo. Mam kilka przemyśleń z tego wyjazdu, które co jakiś czas do mnie wracają i w końcu muszę je spisać. Nie będzie to jakże popularny i jeszcze bardziej nużący reportaż z wycieczki do ciepłych krajów, bo i Londyn do takich miejsc nie należy. Powiedzmy, że skategoryzowałbym to jako spostrzeżenia polskiego projektanta na temat brytyjskiego miasta.
W styczniu 2023 roku z Ławicy wystartowałem w swój pierwszy lot samolotem pasażerskim. Mocno trzymałem się fotela rozpędzonego do prawie 300 km/h Boeinga 737, który właśnie odrywał koła od płyty lotniska, aby wbić swoje wielkie, 80-tonowe, duraluminiumowe cielsko w powietrze. Przeciążenie i turbulencje startującego samolotu były wspaniałe. Miałem wrażenie, że wcale nie wznosimy się z poziomu morza, a raczej osiągamy pierwszą prędkość kosmiczną i zaraz opuścimy ziemską orbitę tym wahadłowcem. Wrażenie wcale nie chybione, bo wystrój wnętrz i lata produkcji w sumie podobne.

Mind the gap
Do Londynu przylecieliśmy (na tę wycieczkę dałem się namówić znajomemu) późnym wieczorem. Już w samym mieście, rozglądając się po nowym otoczeniu, miałem wrażenie, że wcale nie opuściliśmy Polski. Było tak samo ciemno i zimno, a w nocnym świetle infrastruktura zdawała się łudząco podobna do tej polskich miast. Wrażenie szybko popsuły niskie ceglane domki, często postawione dość chaotycznie oraz miejscami surowa zabudowa. To ostatnie zrobiło się trochę jaśniejsze w miarę trwania tej wycieczki, bo we wszystkich sklepach z pamiątkami było pełno książek (lub podobnych) pod tytułem "Brutalism of London".

Po Londynie poruszaliśmy się przede wszystkim metrem. Nocleg i zarazem naszą bazę wypadową znaleźliśmy bliziutko stacji Eral's Court. Dzięki temu, do najdalszych interesujących nas punktów na mapie, mieliśmy maksymalnie 20 min i jedną przesiadkę. Poza rozległą siecią linii metra, infrastrukturą i organizacją logistyki, londyński tube wyróżnia się czymś jeszcze. "Mind the gap" - "Uwaga na przepaść" to komunikat płynący z głośników wagonów metra, odtwarzany za każdym otwarciem drzwi. Ostrzeżenie wcale istotne, gdyż przerwy między krawędzią peronu a wagonem miejscami mogę sięgać aż pół metra.

Komunikacja w przestrzeni publicznej
Okazuje się, że w Wielkiej Brytanii kładzie się całkiem sport nacisk na komfort użytkownika (UX) w przestrzeni publicznej. Zauważyłem to w kilku aspektach: znakach drogowych, tablicach informacyjnych robót drogowych oraz w komunikatach głosowych w... ciężarówkach.
W przeciwieństwie do Polski, w Wielkiej Brytanii norma określająca rozmiar znaków drogowych nie ogranicza się do tylko do jednego, uniwersalnego wymiaru. Zastosowanie mają różne wielkości w zależności od obowiązującego na danej drodze ograniczenia prędkości. Jest to ściśle powiązane z czytelnością – chodzi o to, aby każdy znak był równie dobrze widoczny i czytelny bez względu na prędkość, z jaką porusza się kierowca, jednocześnie wykorzystując najmniejszy możliwy rozmiar.
Przykładowo: znak w mieście, gdzie obowiązuje limit 30 mph, czyli ok 50 km/h, będzie mniejszy niż ten na drodze szybkiego ruchu z ograniczeniem do 70 mph. W teorii większy znak ma dawać kierowcy więcej czasu na zauważanie i odczytanie znaku, aby się do niego zastosować.
Przypuszczam, że w Polsce nie przyjęliśmy podobnego podejścia ze względu na prostotę i funkcjonalność obecnego systemu, a przede wszystkim — jak zwykle z resztą w naszym kraju — aspekt ekonomiczny. Mniejsze znaki da się znaleźć np. w parkingach podziemnych, ale wynikają one raczej z ograniczeń dostępnej przestrzeni.
Pozostając w temacie znaków drogowych — w Londynie w obszarach prac w pasie drogowym da się zauważyć sporo czerwonych tablic informacyjnych z krótkimi, acz treściwymi komunikatami. Znajdziemy na nich informacje takie jak:
- celu prac,
- godziny pracy brygady,
- planowany termin zakończenia.
Rzetelne podejście, prawda? Niestety nie sprawdzałem, czy ekipa trzyma się godzin i terminów. Czy takie rozwiązanie miałoby sens u nas?
Szczęka mi opadła jak zobaczyłem, skąd dobiega komunikat, który usłyszałem, idąc chodnikiem i gapiąc się w telefon. Cofające duże pojazdy jak ciężarówki czy śmieciarki nie tylko wydają charakterystyczny dźwięk ostrzegawczy, ale również odtwarzają komunikat głosowy, np. „Vehicle is turning left” („Pojazd skręca w lewo”). Tak w Wielkiej Brytanii informuje się o ruchu dużych pojazdów, który może być niebezpieczny dla pieszych. Domyślam się, że ma to na celu dodatkowe ułatwienie dla osób niedowidzących lub niewidomych, pozwalając im lepiej orientować się w sytuacji i unikać zagrożenia. Skojarzenie tego podejścia z Mind the gap jest jak najbardziej uzasadnione.



Muzeum designu — czy to stąd biorą się te wszystkie świetne pomysły?
Szczodrość czy rozrzutność?
Powierzchnia Londynu jest 132 razy mniejsza od Białorusi. Ma 8,961 mln mieszkańców. To prawie tyle samo co Białoruś z 9,178 mln. Szok, nie? Mimo tego, w tym mieście nikt się nie szczypie z przeznaczeniem sporych terenów, chociażby na park.
Byłem pod wrażeniem, jaką połać terenu zajmuje The Green Park sąsiadujący z Pałacem Backhingam. Całe 19 hektarów. Jest tam sporo miejsc, w których nie widać jego granic i można mieć wrażenie, że wcale nie jest się w centrum stolicy kolonialnego imperium.



Przestrzeń!
Nie spodziewałem się tak wiele obszarów, które nie są funkcjonalne. To znaczy takich, które mają do bólu praktyczne przeznaczenie w gospodarce. Po pierwsze dlatego, że Brytania, będąc wyspą, dysponuje ograniczonym zasobem gruntów. Jak skończy się ląd, to zaczyna się ocean i koniec zabawy. Wydawać by się mogło, że takim zasobem należy gospodarować oszczędnie, prawda?
Taką szczodrość zaobserwowałem jeszcze w kilku miejscach. Kiedy wędrowaliśmy wokół pałacu Buckingham do okolicznych zabytków i pomników to ilość otwartych przestrzeni nieskażonych ani jedną cegłą była imponująca. Czegoś takiego nie widziałem w polskich miastach. Zwróciło to moją uwagę na różnice w mentalności między naszymi narodami i podejściu do zarządzania terenem.
W Polsce obserwuję, że w miastach dopiero od niedawna planuje się większe przestrzenie na zieleń i parki. Wyjątkiem mogą być takie miejsca jak Ogród Botaniczny UAM w Poznaniu czy Park Róż w Gorzowie. Jest tu jednak jeszcze jedna ciekawa różnica. Te wspomniane miejsca są wyraźne odgrodzenie od reszty miasta przez bariery lub mury. Spośród tego, co zdążyłem zobaczyć w Londynie, takie rozwiązania były rzadkością. Mam wrażenie, że to znacząco wpływa na odbiór i charakter takich miejsc — park bez barier jest integralną częścią miasta, a nie odgradzaną jedną dżunglą od drugiej. Zieloną od betonowej.
Cegły szepczące historie
Byłem zachwycony widząc ile w Londynie jest świetnie zachowanych historycznych budowli. Ich liczba jest naprawdę imponująca. Nie mogłem się nadziwić, jak różne były skale zniszczeń w trakcie II Wojny Światowej między Polską a Wielką Brytanią. Z pewnością nie bez znaczenia był budżet przeznaczony na odbudowę zniszczeń po wojnie. Niemniej wiele budynków — nie tylko w Londynie — zostało doszczętnie zniszczonych podczas Bitwy o Anglię i nie zostało odtworzonych.
Przyznam, że trochę wstrząsnęła mną ta obserwacja. Zdaje się to być dobitnym potwierdzeniem trudność naszego geopolitycznego położenia. Podkreślającym jak bardzo nasz kraj potrzebuje mądrej polityki zagranicznej i obronnej kraju. Zdaje się, że trwająca era pacyfizmu to luksus krajów zachodnich graniczących z Atlantykiem, a nie największego państwa środkowej europy.
Podsumowując — widzę, tu jedną rzecz, która może być dla nas najcenniejsza i najważniejsza do implementacji. I nie jest to żadne z wymienionych rozwiązań! Podejście. To jest to, co według mnie, wyłania się z tych obserwacji jako wspólny mianownik. Owocem tego są konkretne rozwiązania zorientowane na człowieka. Jesteśmy na dobrej drodze, ale myślę, że jeszcze sporo przed nami. Szczególnie w kwestii biurokracji — bo to właśnie ta jest jeszcze w centrum naszych rozwiązań.